Bitwa 8 marca

Autor: Jacek Kachel

Na zdjęciu plakat
grafika Jacek Kachel

370 lat temu wielka bitwa rozegrała się na terenie Mikuszowic. Mieszkańcy naszego regionu pokazali nie tylko wielki patriotyzm i odwagę, ale również kunszt wojenny. 

 

Bywają w życiu każdej społeczności chwile próby. Takim sprawdzianem dla mieszkańców Podbeskidzia był potop szwedzki. Ten skrawek Rzeczypospolitej - jako jeden z nielicznych - przez cały czas zmagań ze Szwedami stał po stronie polskiego króla, chroniąc swoją niezależność i zagrożoną wolność.

Niestety, ze względu na małe zainteresowanie historyków naszymi terenami, wydarzenia te zbywane są w historycznych opracowaniach co najwyżej kilkuzdaniowymi wzmiankami, a warto je ukazać.

Jednym z epizodów wojny ze Szwedami była tzw. bitwa 8 marca 1656 roku w Mikuszowicach. Dzięki poszukiwaniom Tadeusza Nowaka w Archiwum Państwowym (Riksarkivet) w Sztokholmie, udało się zdobyć prawdziwy rarytas w postaci raportu wojskowego z tej bitwy. Jest to oryginalny raport generała-majora Jana Weiharda hr. Wrzesowicza do króla Karola Gustawa, datowany w Krakowie 12 marca 1656 r. Omawia – oczywiście z punku widzenia szwedzkiego - genezę i przebieg wyprawy; można dzięki niemu pokusić się o możliwie szczegółowy opis wydarzeń.

 

Twarzą w twarz, czyli nie pierwsze już spotkanie górali ze Szwedami

 

8 marca 1656 roku od strony Bielska zbliżała się armia szwedzka w liczbie około 1100 ludzi, prowadzona przez generała Jana Weiharda hr. Wrzesowicza (nazwisko generała w źródłach bywa różnie zapisywane – JK). Karne, zawodowe wojsko, uznawane za najlepsze w tym czasie w Europie, posuwało się sprawnie w stronę Żywca. Jego marsz został przerwany już na terenie Państwa Łodygowickiego (Państwo Łodygowickie było tzw. państwem szlacheckim, w jego skład wchodziły wszystkie miejscowości od Mikuszowic do Żywca). W Mikuszowicach drogę Szwedom zagrodziło około 2000 mieszkańców Podbeskidzia, wspomaganych przez różne oddziały wojsk polskich wierne królowi Janowi Kazimierzowi. Na szańcach, specjalnie na tę okoliczność usypanych, czekali już polscy dowódcy z Janem Karwackim, ks. Stanisławem Kaszkowicem i Janem Torysińskim na czele.

Generał Wrzesowicz przystąpił do przygotowań do bitwy w nadziei — jak pisze — błogosławieństwa Bożego i szczęścia swego monarchy, na walną z wrogiem rozprawę. Podstąpiwszy więc na odległość strzału armatniego pod obóz polski, zastał powstańców w znakomitej kondycji i pełnych zapału do walki: z hukiem bębnów i przeraźliwym dźwiękiem piszczałek mieszały się wściekłe okrzyki rozentuzjazmowanych górali, cieszących się na spotkanie ze znienawidzonym gnębicielem – czytamy generała dla króla Karola Gustawa.

Według świadectwa Wrzesowicza, szańce były bardzo silnie ufortyfikowane, a główny szaniec pośrodku wyglądał tak imponująco, jakby to było w Holandii albo w innym kraju na zachodzie Europy. Dlatego doświadczony generał szwedzki rozpoczął bardzo staranne przygotowania do bitwy, bo z tą ludową armią miał wątpliwą przyjemność spotkać się kilka miesięcy wcześniej i o mały włos nie skończyło się to dla niego utratą głowy.

Jak wiadomo, wojska szwedzkie pod dowództwem generałów Müllera i Wrzesowicza oblegały klasztor jasnogórski. Kiedy wieści o tym dotarły na Podbeskidzie, znany ze swych wojskowych zamiłowań proboszcz łodygowski  ks. Stanisław Kaszkowic zorganizował grupę zbrojnych, która ruszyła pod przewodnictwem Krzysztofa Żegockiego na odsiecz Czarnej Panience. W skład armii chłopskiej weszli wierni żołnierze króla Jana Kazimierza, zbójnicy oraz zwykli chłopi. Jednak ekspedycja nie osiągnęła zamierzonego celu, gdyż Szwedzi odstąpili od Częstochowy. Wobec tego armia ratunkowa Żegockiego skierowała się przeciw zajętym przez generała Wrzesowicza Krzepicom i Wieluniowi. Generał zbagatelizował chłopską armię i nie przygotował się należycie do ataku. Jego ludzie byli osłabieni po długotrwałym oblężeniu Jasnej Góry. Zlekceważona armia chłopska szybko rozbiła doborowe jednostki szwedzkie i zajęła Wieluń. Sam generał został osaczony na zamku, gdzie bronił się z garstką pozostałych mu rajtarów. To, że przeżył, zawdzięcza szybkiej interwencji gen. Müllera z Kalisza i gen. Wirtza z Krakowa.

Generał Jan Weihard hr. Wrzesowicz był nie tylko pokonany, ale nade wszystko upokorzony.

 

Przegrupowania, mobilizacje i zbójnicy

 

Na początku lutego 1656 roku Szwedzi spalili Oświęcim i nikt nie miał już wątpliwości, że zechcą spacyfikować również Żywiecczyznę - jako jedno z ważniejszych gniazd rebelii. Obie strony rozpoczęły przygotowania do decydującego starcia. Generał Wrzesowicz udał się do Krakowa po wzmocnienie dla swojej armii, a proboszcz łodygowicki ks. Stanisław Kaszkowic zaciągnął na służbę królewską znanego zbójnika Macieja Klinowskiego. Mieszkańcy Podbeskidzia przypuszczali, że atak najprawdopodobniej przyjdzie od strony Suchej lub Kęt. Istniała również trzecia możliwość – że nadejdzie od strony Bielska - ale była ona mniej prawdopodobna ze względu na znajdującą się tam granicę z cesarskim Śląskiem, której Szwedzi nie powinni przekroczyć. Na wszelki wypadek przewidujący obrońcy postanowili zabezpieczyć się i z tej strony. Główne siły rozlokowano na kierunkach Kęty i Sucha, a szańca w Mikuszowicach strzegła 150-osobowa załoga z Państwa Łodygowickiego, z Janem Torysińskim na czele.

 

Na zdjęciu mapka sytuacyjna - Jacek Kachel

Tymczasem dyszący żądzą odwetu generał Wrzesowicz otrzymał dodatkowe wsparcie 300 rajtarów z krakowskiego garnizonu. Źródła historyczne nie są zgodne co do liczby prowadzonych przez niego żołnierzy – mogło ich być między 800 a 1100. Szef ekspedycji karnej postanowił zaskoczyć obrońców. W tym celu wyruszając z Krakowa ogłosił, że idzie z wojskiem do Wielunia, gdy tymczasem szybkim marszem udał się w okolice Pszczyny i tam naruszył granicę cesarską. Nie zważając na protokół dyplomatyczny skierował się w stronę habsburskiego Bielska. 

        Kiedy jednak pierwsze jego odziały przekroczyły graniczną rzekę Białą, napotkały regularną chorągiew dowodzoną przez Jerzego Ossolińskiego, starostę piotrkowskiego. Oddział polski, z góry skazany na porażkę, podjął walkę, aby opóźnić marsz Szwedów; równocześnie dowodzący wysłał posłańca z informacją, że natarcie idzie od Bielska i do bitwy dojdzie w Mikuszowicach.

Z potyczki w Białej tylko 40 Polakom udało się ujść z życiem. Ich poświecenie i związanie najeźdźców na terenie Białej dało czas obrońcom, aby ściągnąć siły rozlokowane na kierunku Suchej i Kęt.

 

 

Bitewny zgiełk, czyli jak rewanż nie do końca się udał

 

Jak widać, generał Wrzesowicz zadał sobie wiele trudu, aby dobrze przygotować się do konfrontacji. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy element zaskoczenia nie zadziałał i na miejscu zobaczył nie tylko gotowych do obrony ludzi, ale i usypane szańce. Dlatego nie spieszył się z rozpoczęciem bitwy, a dzięki temu szeregi obrońców rosły w siłę, bowiem ciągle dochodzili nowi ludzie z innych terenów.

W tym miejscu trzeba przyznać, że generał pokazał prawdziwy kunszt wojenny. Na bok odsunął bolesne wspomnienie upokorzenia i skoncentrował się na tym, jak szybko i sprawnie zdobyć szańce. Zlustrował z daleka teren przyszłej bitwy i rozdzielił swoje siły na trzy kolumny szturmowe: pierwszą — pod majorem Schachtem — skierował przeciwko polskiej jeździe i leżącej za nią reducie, drugiej — pod obersztlejtnantem Seherrem — kazał atakować drugą redutę, sam zaś z resztą wojska uderzył w centrum na ów holenderski szaniec.

Samobójczy szarża

Zanim jednak doszło do głównego starcia, od zasadniczych formacji szwedzkich oderwał się niewielki oddział złożony ze szlachty polskiej, który ruszył w stronę polskich umocnień. Jeźdźcy zaczęli wykrzykiwać, że są Polakami i chcą przejść na stronę obrońców. Niestety, na szańcach nie wiedzieli, czy to prawda, czy też sprytny wybieg Szwedów. Nie chcąc ryzykować, obrońcy nie przyjęli uciekinierów. Wystrzelili salwę nad nimi i przygotowali kolejną. Oddział odwrócił się i ruszył w samobójczym ataku na Szwedzkie oddziały. Wszyscy zginęli, część poległych zabrała rodzina, a ciała pozostałych pochowano. Symbolicznym pomnikiem tych wydarzeń jest krzyż i tablica umieszczona w Mikuszowicach niedaleko przystanku autobusowego, w rejonie dawnego szpitala Stalownik.   

 

Bitwa i strategiczny odwrót

 

Po tym wstępie rozgorzała bitwa, która trwał półtorej godziny. Centralny szaniec bez trudu odpierał ataki szwedzkie, dlatego Szwedzi przypuścili główny atak na redutę, której dowódcą był Jan Torysiński, i po zaciętych walkach ją zdobyli. Sam dowódca został ranny, choć w wielu publikacjach ten dzień jest opisywany jako jego ostatni.

Opanowanie bocznej reduty odsłoniło bok głównego szańca. Dowodzący obroną szybko zorientowali się, że tych pozycji nie utrzymają, postanowili więc niepotrzebnie nie tracić ludzi i zarządzili odwrót. Znający teren górale szybko rozproszyli się po mocno zalesionej i górzystej okolicy.

Wojska szwedzkie świętowały zwycięstwo, jednak czy generał-major, Jan Weihard hr. Wrzesowicz dopiął swego? Raczej nie i chociaż opisał bitwę jako swój wielki sukces, to miał pełną świadomość, że głowy, po które tutaj przyszedł, nadal są na karkach właścicieli.

Źródła nie podają niestety ilości strat w zabitych i rannych, poniesionych przez obie strony; jeńców Szwedzi nie brali, wycinając bez litości tych, co nie zdołali zawczasu ujść z opuszczonych przez większość fortyfikacji. Około setki powstańców utonęło podobno w wezbranych nurtach rzeki Białej, usiłując przedostać się na śląską stronę - pisze historyk Tadeusz Nowak.

Niezadowolony z takiego obrotu spraw Wrzesowicz postanowił kontynuować swój marsz, po drodze nakazując spalenie Mikuszowic i Wilkowic. W tych wioskach najwięcej ludności było wyznania protestanckiego. To jednak ani Wrzesowiczowi, ani też jego żołnierzom, w niczym nie przeszkadzało.

 

Późnym popołudniem wojska Wrzesowicza dotarły do Żywca. Zajęły to miasto bez większych walk i rozpoczęły rabunek. W tym samym czasie niedawno pokonani obrońcy mikuszowskich szańców dokonali przegrupowania i zgromadzili się w pobliżu miasta. Nad ranem następnego dnia Chłopów sto na placową wartę uderzyło i onę rozpłoszyło. Ze wszystkich stron z gór zaczęli schodzić z zapalonymi pochodniami w ręku pozostali obrońcy. Widok za pewne był przeciekawy i oddziałujący na wyobraźnię.

Wrzesowicz był już pewien - ucieczka z szańców była tylko strategicznym odwrotem górali, którzy chcieli go wciągnąć w głąb swojego terenu, aby dokończyć to, czego nie udało się im zrobić w Wieluniu. Zaskoczony takim obrotem sprawy generał natychmiast zarządził odwrót. I chociaż w swym raporcie przedstawił swoją ekspedycję jako sukces, to bezstronny obserwator bez trudu oceni, że w tym meczu stosunkiem 2:1 zwyciężyli mieszkańcy Podbeskidzia.

Co się zaś tyczy samego generała, niedługo potem zginął zatłuczony kijami przez mszczących swe krwawe krzywdy chłopów.